Trzeba usiąść do konstruktywnych rozmów nad pakietem ustaw zdrowotnych i znaleźć konsensus
Wywiad z dr Maciejem Hamankiewiczem, prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej
Trwają prace legislacyjne nad pakietem ustaw zdrowotnych m.in. ustawą o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz ustawą o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Wiele z zapisów ustaw bardzo się środowisku nie podoba. Które budzą największy sprzeciw?
Najważniejsza jest ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Znaleźliśmy w niej kilka niepokojących zmian. Pierwsza dotyczy pomysłu skrócenia czasu nauki lekarzy i lekarzy dentystów przed dyplomem. Dyrektywa unijna wskazuje, że kształcenie lekarza powinno trwać sześć lat lub 5500 godzin, a lekarza dentysty co najmniej pięć lat prowadzonych w pełnym wymiarze. Uważamy, że ten czas powinien być dobrze wykorzystany nie tylko na naukę zawodu, lecz także na kształcenie uniwersyteckie. Nie po to przekształcaliśmy akademie medyczne w uniwersytety, by nie było podczas nauki elementów humanistyki: psychologii, filozofii, prawa medycznego, wiedzy na temat relacji lekarz-pacjent. To wszystko wymaga czasu i nie da się takiej wiedzy przekazać w pigułce. Oczywiście w trakcie 5500 godzin studiów powinny znaleźć się elementy praktycznej nauki zawodu, jednak podstawowym sposobem zdobywania praktyki powinien być staż podyplomowy, gdy młody lekarz ma ograniczoną możliwość wykonywania zawodu. Trzeba zbudować strukturę nauczania praktycznego oraz formalno-prawnego podejścia do pacjenta. Jest to niezbędne, by pacjent mógł się czuć bezpiecznie. Nauka zawodu lekarza odbywa się na żywym człowieku i nie da się wykształcić lekarza tylko teoretycznie. Dlatego pomysł likwidacji stażu podyplomowego uważamy za niepokojący.
Co jeszcze budzi obawy w proponowanych zapisach ustaw?
Sprawa egzaminów. Uważamy, że państwowy egzamin lekarski i dentystyczny odgrywają ważną rolę w przygotowaniu lekarzy do wykonywania zawodu, są potrzebne. Nie należy ich likwidować. Te egzaminy to dobry i tani system sprawdzania kwalifikacji lekarzy. Nie dopuszcza do wykonywania zawodu osób, które nie są w pełni przygotowane teoretycznie, bo i takie - choć rzadko - zdarzają się. Egzamin stanowi też barierę przed napływem źle wykształconych lekarzy z innych krajów, bo kilkadziesiąt procent z nich nie zdaje tego sprawdzianu. Wymienione funkcje egzaminu, a także to, że umożliwia on porównanie jakości poziomu kształcenia na różnych uczelniach, są bardzo ważne. Inną sprawą jest fakt, że egzamin powinien być pieczołowicie przygotowany, bo - choć głównie wśród tych, którzy nie zdali - jednak budzi kontrowersje. Wydaje się, że możliwość rozpoczęcia specjalizacji przez młodych lekarzy to teraz ich podstawowe zmartwienie, zatem dzięki decyzji minister zdrowia, dotyczącej przesunięcia egzaminu na okres po stażu lub w czasie stażu, umożliwia jego wielokrotne zdawanie i stanowi okazję do podnoszenia umiejętności.
Można się douczyć i zdać egzamin za drugim czy trzecim razem...
Tak się często dzieje. Egzamin jest trudny i podziwiam tych wszystkich młodych ludzi, że tego dokonują. Ich determinacja jest duża. Wydaje się, że właściwe byłoby, by egzamin utrzymać. Kosztuje on zaledwie 200 tys. złotych rocznie. Postulujemy, aby za kolejne próby zdawania lekarze płacili sami. Koszty rosną, więc na koszt państwa można by zdawać raz, a za kolejne płacić z własnej kieszeni. Uważam też, że system kwalifikowania na specjalizacje powinien zawierać różne elementy, m.in. wycenę średniej, dorobek z kół naukowych itd. Teraz opiera się na średniej z całych studiów. Średniej nie da się poprawić, jest ona ostateczna, wyciągnięta z ponad 70. zdanych egzaminów. Zatem egzamin państwowy można poprawić, ale średniej nie.
To nie koniec postulatów środowiska odnoszących się do proponowanych w tzw. pakiecie ustaw zdrowotnych zmian...
Niepokoi nas także próba uznania za wykonywanie zawodu pracy na rzecz administracji państwowej. Niektórzy lekarze pełnią funkcje np. kierowników wydziałów, co nie ma nic wspólnego z leczeniem. Gdyby uznano to za wykonywanie zawodu lekarza, mogliby zajmować się pacjentem bez względu na czas poświęcony administracji. Obecny system nie eliminuje takich osób z zawodu lekarza, tylko nakłada na nich obowiązek dodatkowego przeszkolenia przed podjęciem pracy lekarskiej. Ten obowiązek powinien pozostać.
Nie podoba się Państwu też stanowisko dotyczące przyspieszonej ścieżki dochodzenia roszczeń za błędy medyczne. Dlaczego?
W projekcie pojawiło się pojęcie „błędu medycznego” - uważamy, że w przypadku tej ustawy i systemu odszkodowawczego to pomyłka pojęciowa. Błędy lekarskie są opisane i rozstrzygane przez odpowiednio wykwalifikowane gremia. Jeśli występuje błąd lekarski, do pracy powinni przystąpić rzecznik odpowiedzialności zawodowej i sąd lekarski. Istnieje też prawo prowadzenia postępowania przed sądami powszechnymi. Takie sytuacje są objęte ubezpieczeniem, które każdy lekarz ma obowiązek zawrzeć. Poza tym w przypadku błędu lekarskiego w postępowaniu sądowym trzeba udowodnić winę konkretnego człowieka. Nam chodziło o możliwość, co wynika z postulatów lekarzy zgłaszanych od wielu lat, uzyskania rekompensaty za szkodę medyczną poniesioną podczas leczenia wynikającą np. z niepowodzenia w leczeniu. Czyli sytuację, w której, choć każdy wykonuje swoją czynność w sposób profesjonalny, zgodny z procedurami i standardami, nie osiąga sukcesu medycznego. W takich przypadkach nie jest to kwestia błędu lekarskiego, ale uszczerbku na zdrowiu, za który trzeba wypłacić odszkodowanie. Poważnym mankamentem proponowanego rozwiązania jest także to, że ma dotyczyć wyłącznie szpitali. Ponadto system finansowania tego typu odszkodowań oparty na wpłatach z firm ubezpieczeniowych wcześniej czy później musi się odbić na budżetach placówek. Cena polis będzie musiała wzrosnąć, bo jest oczywiste, że liczba spraw, które mogą się kwalifikować do takich postępowań, jest wyższa niż tych, gdzie trzeba przeprowadzić sprawę sądową. Nie mówię już o tym, że odszkodowania wyznaczane przez sądy są coraz wyższe. Rozwiązanie obejmujące wyłącznie szpitale jest tym bardziej niezrozumiałe, że najwięcej szkód powstaje w lecznictwie otwartym. Bardzo wiele spraw dotyczy działalności stomatologów, lekarzy rodzinnych. Jest natomiast oczywiste, że jeśli mówimy o szkodzie - to gdziekolwiek ona nie powstała - powinna być naprawiona.
Co sądzi Pan o propozycji wydłużenia pracy radiologów? Jest ich zbyt mało, pacjenci czekają na wyniki. Czy dłuższa praca rozwiąże problem?
Dziś praca radiologów często jest telepracą. W wielu firmach aparaty tomograficzne stoją w kilku miejscach województwa. W jednym punkcie lekarz dyżurny przez internet otrzymuje zakodowane obrazy tomograficzne, rozkodowuje je i ocenia. Jeśli chodzi o godziny pracy, to niepotrzebne są kategoryczne rozwiązania. Ja uważam, że tam, gdzie występuje zagrożenie dla człowieka podczas wykonywania pracy, musi on mieć możliwość odpoczynku. Jedna sztywna norma czasu pracy dla wszystkich nie jest rozsądna. Z jednej strony bowiem aparatura rentgenowska jest nowoczesna i bezpieczna dla pracowników i pacjentów, a z drugiej niektórzy są narażeni na bezpośredni kontakt z promieniami rentgena. Nie da się zatem wszystkim radiologów potraktować identycznie.
Postulujecie, by komisje sejmowe zajęły się ustawami i wprowadziły postulowane przez środowisko zmiany. O co samorząd lekarski będzie najbardziej zabiegać?
Poza wymienionymi bardzo nam zależy na przepisie dotyczącym nadzoru nad wykonywaniem zawodu lekarza. Trybunał Konstytucyjny wyraźnie wskazał na rolę samorządów zawodowych w demokratycznych strukturach państwa. Żeby samorząd zawodowy mógł wykonywać funkcje nadzorcze, konieczne jest, by rejestr podmiotów praktyk lekarskich i pielęgniarskich pozostał w izbach lekarskich. Problem dotyczy blisko 100 tys. praktyk lekarskich i dentystycznych oraz 30 tys. pielęgniarskich. W tej chwili państwo nie ponosi żadnych kosztów utrzymywania rejestru. Przeniesienie go do urzędów wojewódzkich oznacza wydatek około pięciu milionów złotych dla skarbu państwa, które - naszym zdaniem - można wykorzystać z większym pożytkiem. Widzimy, jakie trudności już teraz mają urzędy wojewódzkie ze sprawdzaniem rejestracji niepublicznych ZOZ oraz z nadzorem nad lekarzami w nich pracującymi. Wojewoda nie ma wystarczających możliwości, by wykonywać dotychczasowe obowiązki, łatwo więc sobie wyobrazić, co byłoby z kolejnymi.
Jak zamierzacie wpłynąć na komisje sejmowe, by uwzględniły postulaty środowiska?
To rząd powinien się zastanowić, jak wprowadzić w życie ustawy wbrew opinii samorządów zawodowych, Konferencji Rektorów, Konferencji Młodych Lekarzy. Na przykład ci ostatni zdecydowanie chcą zdawać egzamin państwowy. Jak wprowadzić przepisy, mimo sprzeciwu wszystkich towarzystw naukowych? Myślę, że trzeba usiąść do rzetelnych, konstruktywnych rozmów i znaleźć konsensus. Ustalenia powinny z jednej strony umożliwić zmianę kształcenia przeddyplomowego, usprawnić je, stworzyć standardy i procedury takie same dla każdej uczelni, określić w jaki sposób ma wyglądać praktyka podyplomowa. Czy istotnie musi trwać trzynaście miesięcy? Może krócej, co odciąży budżet państwa. Mamy nadzieję, że posłowie wysłuchają naszych argumentów, tym bardziej, że na nich spada odpowiedzialność za przyjęte ustawy. Są wśród nich lekarze, którzy zechcą wrócić do zawodu i będą musieli dostosować się do nowego prawa.
Dziękuję za rozmowę.
Autor: Rozmawiała Jolanta Zientek-Varga