Lek na kolejki – współpłacenie?

/appFiles/site_102/images/autor/mnobG4gAJBp85ZV.jpeg

Autor: Greta Kanownik

Dodano: 5 maja 2015

Lek na kolejki – współpłacenie?

Kolejki w publicznej służbie zdrowia to rzecz normalna, z którą należy się pogodzić. Nie należy z nimi walczyć, ale starać się nimi fachowo „zarządzać”. Jednakże problem kolejek ujmowany od strony merytorycznej, jest de facto wynikiem nadmiernego popytu na świadczenia zdrowotne w stosunku do ich podaży. Likwidacja kolejek będzie zatem możliwa przez odpowiednie zwiększenie podaży albo przez zmniejszenie popytu lub, co jest zdecydowanie najlepsze poprzez, odpowiednie działania w obu kierunkach.

Narodowy Fundusz Zdrowia dysponuje rocznie budżetem równym sumie składek zdrowotnych wpłacanych przez ubezpieczonych i wpłat z budżetu centralnego, czyli z podatków. W ramach tej kwoty kontraktuje się ze świadczeniodawcami, czyli: szpitalami, przychodniami, klinikami, itd., usługi medyczne w danym roku. Należy pamiętać, że budżet NFZ musi być zbilansowany, tzn. nie jest możliwy deficyt, z czego wynika, że jeśli zakontraktuje się jakąś liczbę operacji danego typu, ale zapotrzebowanie na nie będzie większe, to tzw.: nadlimitowe operacje, porady, itp., muszą zostać przesunięte na następne lata.

Zyskaj darmowy dostęp do portalu serwiszoz.pl. Gwarantujemy, że znajdziesz na nim odpowiedzi na nurtujące Cię pytania! Nic za to nie zapłacisz. Zarejestruj się. To zajmie tylko 15 sekund!>>

Główną przyczyną powstawania kolejek jest bardzo szeroki zakres usług ubezpieczeń społecznych przy jednoczesnym niedostatku funduszy. Ale to nie wszystko, gdyż istnieją również i inne powody, związane z tym, jak system zdrowotny jest zaprojektowany. Pierwszą z nich jest niestety nadal jeszcze brak płynnego obiegu informacji o kolejkach, zbyt wiele ośrodków administracyjnych, które zarządzają szpitalami, w których każdy dąży do tego, by to właśnie jego placówka oferowała możliwie najwięcej usług, nie zwracając zupełnie uwagi na ich dublowanie. W ten oto, sposób kontraktuje się świadczenia, na które nie ma zapotrzebowania, albo takie, na które zapotrzebowanie zaspokaja pobliski szpital należący do innego właściciela. Koszty rosną, zamiast być trzymane w ryzach. Dodatkowo istotną przyczyną powstawania kolejek jest struktura kompetencyjna polskiego systemu zdrowia. Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, w której lekarze rodzinni mają niewielkie uprawnienia, zwłaszcza jeśli chodzi o możliwość kierowania na badania laboratoryjne, więc z marszu wypisują skierowania do specjalistów. Specjaliści z kolei nie chcąc brać pełnej odpowiedzialności za pacjenta, kierują go do szpitala. W rezultacie pacjent, który mógłby być niekiedy wyleczony na podstawowym poziomie, ląduje na obserwacji w szpitalu. Na problem, dodatkowo nakłada się kwestia wynagrodzeń. Lekarze rodzinni są wynagradzani w tzw. systemie kapitacyjnym, czyli w oparciu o ilość zadeklarowanych pacjentów. Im więcej posiadają deklaracji, tym więcej pieniędzy dostają. W rezultacie w ich interesie leży odsyłanie kolejnych pacjentów do specjalistów.

A zatem lekarz POZ nie będzie leczył ani diagnozował pacjentów, ponieważ pozbawił by się własnych przychodów, bo system stawki kapitacyjnej za usługi w POZ sprawia, że lekarz konkuruje z pacjentem o własne przychody. Im mniej wyda na diagnostykę tym więcej dla niego samego zostanie. Wypisze skierowanie do specjalisty, by leczyć pacjentów po prostu drożej. Ci którzy nie skorzystają z opieki lekarza POZ, będą się leczyć sami w aptece przy pomocy leków bez recepty, których sprzedaż wzrośnie, a gdy to nie pomoże, to wówczas skorzystamy z pomocy szpitalnego oddziału ratunkowego, który stanowi swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa dla niewydolnego systemu. Wprawdzie na poradę czeka się tu kilka godzin, ale omija się kolejki do lekarza POZ, specjalisty i do diagnostyki – stąd zadłużanie się tych jednostek szpitalnych. Z kolei specjaliści to najwęższe gardło polskiego systemu zdrowotnego, ponieważ to właśnie tu, czekamy na wizytę miesiącami a w niektórych specjalnościach nawet latami. Wielu z nas nie wytrzyma czekania i pójdzie do prywatnej poradni specjalistycznej, płacąc z własnej kieszeni za wizytę, diagnostykę i leczenie. Najczęściej do czasu, gdy doczekamy do umówionej wizyty nasz problem będzie często już rozwiązany poza systemem. Jeśli chodzi o szpital, cóż tu także, często leczenie odbywa się w zatłoczonym i nie rzadko zadłużonym szpitalu. Te szpitale, które mają kontrakt z NFZ pod koniec roku odsyłają pacjentów, którzy mogą czekać na przyjęcie na kolejny rok. Co ważne w publicznym szpitalu, nie można zapłacić za leczenie. W tym okresie opiekę otrzymamy jedynie w sytuacjach zagrożenia życia. Pacjenci żeby dostać się do szpitala będą szukali tzw. dojść poprzez prywatne praktyki lekarzy, ordynatorów czy dyrektorów szpitali. Poza tym, szpitale wybierają raczej bardziej opłacalnych z perspektywy wyceny NFZ chorych. Łatwe, niepowikłane przypadki i zabiegi realizują najczęściej prywatne szpitale albo gabinety mające kontrakt z NFZ, a gdy pojawią się komplikacje, taki pacjent trafi na leczenie do dużego szpitala publicznego, który będzie się zadłużać. Dla tych szpitali pacjent jest nie pożądanym Klientem, który powoduje narastanie szpitalnego długu. W tych warunkach pacjent na pewno nie będzie szanowany i nie będą przestrzegane w szpitalu jego prawa.

W kraju o niskich wydatkach na zdrowie takim jak Polska profilaktyka powinna stanowić filar opieki zdrowotnej, ponieważ daje ona największe korzyści za cenę najmniejszych nakładów. Co więcej, na ten cel płyną do Polski nie małe fundusze unijne, za które można i należy prowadzić duże ogólnopolskie publiczne kampanie edukacyjne i prewencyjne w wielu obszarach. Jednakże, często pacjenci profilaktykę realizują za własne pieniądze.

Z problemem kolejek do lekarza specjalisty możne się uporać. Inne kraje to zrobiły na ich przykładzie i doświadczeniach, wiemy też jak temu można zaradzić. Potrzeba tylko odwagi politycznej, oraz świadomej kampanii społecznej, gdzie wyjaśni się i przekona obywateli, lekarzy do kilku rozwiązań, które nie są populistyczne. Propozycje jakie są wysuwane by zniwelować omawiany problem jest wiele. Jedna z nich mówi, że skrócenie kolejek do lekarza specjalisty wymaga dwutorowych działań, tj.: zmniejszenia popytu na te usługi, zwiększenia podaży. Zmniejszenie popytu można osiągnąć poprzez:

a) wprowadzenia opłat za wizytę u lekarza specjalisty (rodzinnego również). W Europie występują trzy systemy opłat za wizyty lekarskie w ramach systemu powszechnego ubezpieczenia: model czeski – niska opłata za każdą wizytę, model niemiecki – opłata za pierwszą wizytę, kolejne wizyty u tego lekarza w okresie następnych 3 miesięcy są za darmo, model szwedzki – finansowanie wizyt przez pacjenta w okresie 12 miesięcy do pewnego limitu (wkład własny pacjenta) po przekroczeniu którego dalsze koszty finansowane są przez kasę chorych. W każdym państwie gdzie wprowadzono współpłacenie przez pacjentów za wizyt u lekarza popyt znacząco spadł. Znamienny jest przykład Czech, gdzie zaobserwowano spadek liczby wizyt u lekarzy również ze strony dzieci i młodzieży, dla których wizyty nadal były bezpłatne.

b) zwiększenie kompetencji lekarzy rodzinnych do wystawiania zlecania na badania specjalistyczne i zmiana sposobu finansowania tych badań przez ubezpieczyciela. W większości przypadków lekarz pierwszego kontaktu kierując pacjenta do specjalisty stawia diagnozę co do typu choroby. Oczywiście podjęto, obecnie próby zmierzającego do tego, by lekarze POZ diagnozowali schorzenia w oparciu o zlecane badania diagnostyczne, jednakże należy poczekać na ocenę uzyskanych efektów podjętych zmian.

Zwiększenie podaży usług lekarzy specjalistów w ramach NFZ można osiągnąć poprzez:

a) zamknięcie ¼ szpitali (nie zawarcie z nimi kontraktów), co spowoduje zwolnienie części lekarzy specjalistów tam pracujących. Liczba kontraktów szpitalnych nie uległa by zmniejszeniu, co pozwoliłoby na efektywniejsze ulokowanie środków finansowych.

b) istotne zwiększenie przez NFZ liczby kontraktów u lekarzy specjalistów, środki na ich finansowanie pochodziłyby częściowo z wprowadzonej opłat pacjentów za wizyty u lekarzy,

c) zwiększenie liczby studentów medycyny i liczby szkoleń specjalistycznych, ale to da efekt dopiero za kilka lat.

Inna propozycja skupia się na tym, by zostały spełnione następujące warunki:

a). wycena świadczenia musi zapewniać przynajmniej minimalny zysk dla świadczeniodawcy,

b). świadczenia nie powinny być administracyjnie limitowane,

c). musi istnieć konkurencja między świadczeniodawcami.

W takich warunkach udaje się świadczeniodawcom pokonać nawet inne, trudne przeszkody, jak np. niedobór kadry lekarskiej. Skoro istnieją tak skuteczne narzędzia do zwiększenia podaży świadczeń zdrowotnych, to dlaczego nie zastosować. Wówczas podaż zrównoważy popyt i kolejki zmniejszą się. Przeszkodą jest oczywiście problem kto za to zapłaci? Ilość pieniędzy publicznych, przeznaczanych na ochronę zdrowia jest ograniczona, a popyt na świadczenia zdrowotne w warunkach ich zupełnej bezpłatności dla pacjenta jest potencjalnie nieograniczony i stale wzrasta, gdyż świadczeniodawcy wynagradzani za usługę chętnie mnożą te usługi nawet ponad faktyczne potrzeby. Zasadniczym warunkiem, aby ten problem rozwiązać, jest wprowadzenie współpłacenia przez pacjentów za niektóre świadczenia zdrowotne; przede wszystkim za te, które mogą być nadużywane. Celem współpłacenia jest z jednej strony ograniczenie niepotrzebnego popytu na świadczenia, z drugiej wzbogacenie środków publicznych i pomoc w sfinansowaniu odpowiedniej podaży świadczeń. Współpłacenie może i powinno być uzupełnione innymi metodami, a zwłaszcza rejestrem usług medycznych (RUM) z możliwością autoryzowania przez pacjenta faktu udzielenia mu pomocy. Jednak współpłacenie ma charakter decydujący. Bez niego operacja równoważenia popytu z podażą nie uda się i nie uda się likwidacja kolejek do leczenia.

Jak dotychczas, politycy nie mieli odwagi, aby wprowadzić współpłacenie za badania lub leczenie w sposób oficjalny, chociaż godzili się na zwiększanie obciążenia finansowego pacjentów nie wprost na przykład przez skomplikowany sposób refundacji leków, co zwiększyło odsetek leków kupowanych na 100%. Zasadniczym warunkiem, aby rozwiązać problem kolejek, jest wprowadzenie współpłacenia przez pacjentów za niektóre świadczenia zdrowotne. Bezpłatność świadczeń zdrowotnych jest w ocenie praktycznie wszystkich liczących się dziś partii bezwzględnym priorytetem, jeśli chodzi o funkcjonowanie publicznej służby zdrowia. Ma ona pierwszeństwo nawet przed wydolnością systemu. Współpłacenie wprowadzi mechanizm rynkowy, ponieważ pacjent musiałby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy usługa uzasadnia te kilka procent ceny, które musi dołożyć. To do pewnego stopnia zracjonalizuje korzystanie z usług, powstrzyma pacjenta przed decyzją o korzystaniu ze świadczenia, jeśli nie będzie przekonany, że go potrzebuje. Źródłem problemu z akceptacją współpłacenia przez pacjentów jest brak społecznej świadomości, do czego służy ubezpieczenie zdrowotne. W tym względzie poglądy naszego społeczeństwa są ciągle pod wpływem ideologii komunistycznej. To w komunizmie państwo miało gwarantować wszystko za darmo. Taka miała być przede wszystkim ówczesna służba zdrowia. Po roku 1989 zaczęto mówić o potrzebie wprowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych, nie zastanawiając się, czemu one służą. Na pewno nie do tego, żeby wszystkie usługi były bezpłatne, ale po to, by pomóc komuś, kogo dotknęła sytuacja katastroficzna. Ubezpieczenie nie jest po, żeby wszystko mieć za darmo.

Słowa kluczowe:
kolejki w szpitalach

Nie masz jeszcze konta?

Zamów pełny dostęp do portalu


SPRAWDŹ OFERTĘ

Chcesz przetestować nasze usługi?

Załóż konto testowe na 24 godziny


ZAŁÓŻ KONTO TESTOWE NA 24 GODZINY

Pełny dostęp do portalu to:

  • Aktualność tematów
  • Szeroki zasób informacji eksperckich
  • Porady ekspertów za pośrednictwem e-maila
  • Gotowe rozwiązania najistotniejszych problemów
Sprawdź »

Spis treści Czytaj e-wydanie